Mój Anioł Stróż mógłby przynajmniej uprzedzać, że bierze sobie wolne…

Mam w życiu niesamowite szczęście. Udaje mi się unikać kłopotów, zawsze spadam na cztery łapy i co rusz doświadczam cudownych zbiegów okoliczności. Widzieliście może film „Całe szczęście” („Just my luck” 2006) z Lindsay Lohan? Czasami czuję się, jak główna bohaterka, która idzie przez życie wiedząc, że o nic nie musi się martwić. Lubię to wszystko przypisywać mojemu Aniołowi Stróżowi, a raczej Anielicy, którą dostałam od mamy, kiedy byłam dzieckiem. Ta figurka jest jedną z rzeczy, które zabrałabym jako pierwsze z „płonącego mieszkania”. Mam nawet taki sam kolor włosów, co ona pomimo, iż w mojej najbliższej rodzinie wszyscy mają czarne.

Zdarzają się takie dni, podczas których na usta nasuwa mi się jedno pytanie: „… i co jeszcze?!”. Jeden z nich przytrafił mi się bardzo niedawno… Podczas weekendowej wizyty w pewnym mieście, mój wzrok przykuł plakat ogłaszający mocno ograniczoną w czasie akcję emitowania pełnometrażowego filmu „Pokemon” w kinach. Moja decyzja o zabraniu tam synka była natychmiastowa- Mały cierpi na mini Pokemono-obsesję. Z plakatu wynikało, że film będzie można zobaczyć jedynie w ciągu dwóch dni: soboty i niedzieli następnego tygodnia. Programy kinowe zdawały się zawężać dostępność jeszcze bardziej- we wszystkich sąsiadujących miastach seanse przewidziane zostały jedynie na niedzielę- niezupełnie odpowiadający mi dzień.

Nie pora to jednak była na marudzenie- misja „Pokemon” była niezwykle ważna i musiała zakończyć się pomyślnie. Dlatego we wczesne niedzielne popołudnie, szczelnie opatuleni kapturami i rękawiczkami, dzielnie znoszący jesienny przenikliwy wiatr, wyczekiwaliśmy z synkiem autobusu. Według wyświetlacza zbliżały się dwa, w odstępię około 30-u minut od siebie. Ilość minut na ekranie malała, a nasza ekscytacja rosła. Doczekaliśmy się w końcu komunikatu „Due” oznaczającego, iż autobus za chwilę wyłoni się zza rogu. „Due” wesoło trwało, ale autobusu ani widu, ani słychu. I wtedy „Due” zniknęło z ekranu, a w jego miejsce pojawiła się kolejna dawka minut. Synek spojrzał na mnie z mieszaniną zdziwienia, pretensji i rozpaczy. Jak wytłumaczyć sześciolatkowi zasady działania czarnej dziury; Trójkąta Bermudzkiego; zakrzywionej czasoprzestrzeni, będąc przy tym przymarzniętym do przystanku soplem lodu?

Autobus przepadł, a kolejny miał się pojawić (o ile) o wiele za późno- nie dotarlibyśmy do kina na czas. Ruszyliśmy więc do postoju taxówek: synek dziarsko maszerując i ja- przeklinając w duchu głupio stracone funty. Podczas jazdy cieplutkim samochodem pogodziłam się z tą małą nieprzychylnością losu i wrócił mi dobry humor. Nie na długo- okazało się, że kierowca nie ma pojęcia, gdzie jedzie. Podałam mu adres, który wpisał w nawigację. Sytuacja wydawała się być pod kontrolą do czasu, kiedy taxówka zatrzymała się w miejscu przypominającym bardziej teren zamkniętych na cztery spusty fabryk, niż niedzielne kino. Doszliśmy do wniosku, że budynek jest prawdopodobnie tak duży, iż obejmuje swoimi końcami dwa różne kody pocztowe- musimy zatem spróbować zajechać od drugiej strony. Kierowca zmienił trasę w nawigacji…

Czułam się, jak w filmie „Shrek”, kiedy synek co 30 sekund pytał mnie, czy film się już zaczął, a ja, nerwowo rozglądając się wokół, dostrzegałam coraz mniej przypominające cywilizację elementy krajobrazu za oknem. Pokerowa twarz taxówkarza również pozostawiała wiele do życzenia- zdezorientowany zatrzymał nawet licznik płatności. Nawigacja oznajmiła, że dotarliśmy do celu… serio? Znajdowaliśmy się w ślepym zaułku, którym kończyła się długa ulica z rzędami domów i dziećmi bawiącymi się na środku drogi. Mam nadzieję, że z otwartej buzi nie kapała mi ślina, kiedy kierowca przepraszającym wzrokiem spojrzał na mnie w lusterku, a synek po raz setny zapytał, czy film się już zaczął.

kino

I wtedy zobaczyliśmy nazwę kina, unoszącą się nad konarami drzew: ODEON. Była tuż przed nami, ale nie mogliśmy się tam dostać! Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Żałuję, że nie zrobiłam wtedy zdjęcia, ponieważ miałam wrażenie, iż spoglądam na coś tak odległego i podniosłego, jak nazwa HOLLYWOOD na zboczu góry Lee. Nasz roześmiany kierowca zawrócił i, będąc zmuszonym robić liczne objazdy, znalazł w końcu właściwą trasę. Swoją drogą- kto wybrał to miejsce na budowę kina?! Wreszcie dotarliśmy…

Po złapaniu kilku uspokajających oddechów, ruszyłam do automatu wydającego wcześniej zarezerwowane bilety. Włożyłam kartę, którą robiłam płatność online. Wpisałam kod referencyjny i wyciągnęłam rękę czekając na druk. Jednak zamiast biletów dostałam komunikat, że nie mam nic do odbioru. Nie…to nie może się dziać naprawdę. Spróbowałam w maszynie obok. Karta, kod referencyjny, czekam… Nie miałam nic do odebrania! Weszliśmy na piętro wyżej, aby porozmawiać z kimś z obsługi. Wyjaśniłam reakcję automatów (a raczej jej brak). Pracownicy kina sprawdzili moją kartę i kod i potwierdzili, że według systemu nie mam nic do odebrania. Wtedy przyszła kierowniczka i poinformowała mnie, że jakąś godzinę wcześniej wszystkie pieniądze za bilety zostały zwrócone klientom, gdyż seans miał być odwołany (!?!), jednak wszystko się udało (!?!) i film zostanie wyemitowany, o czym miałam się rzekomo dowiedzieć z e-mail’a wysłanego przez kino. Musiałam więc jedynie zapłacić na nowo za bilety. Szczerze? Całe szczęście, że podczas tej szaleńczej podróży nie przyszło mi nawet do głowy, aby sprawdzić telefon. Chyba bym się popłakała!

***

Tekst jest żartobliwy- od razu uprzedzam. Zdaję sobie sprawę z tego, że takie „nieszczęścia” nie są wcale nieszczęściami. To pewnego rodzaju zaczepka w nadziei na Wasze relacje z pechowych dni. O kilku już wiem z Waszych poprzednich wpisów, ale chętnie poczytam inne przykłady. Czekam!:)

strazniczka