Moja własna, miesięczna +1, przygoda z wegetarianizmem

wegetarianizmZacznę od tego, że próby zrezygnowania z mięsa mam za sobą dwie. Pierwsza wyszła całkiem nieplanowanie i spontanicznie. Obudziłam się pewnego niczym nie różniącego się od innych dnia i zachciało mi się… owoców i warzyw. Mój sposób odżywiania się można podsumować stwierdzeniem „wszystko jest dla ludzi”, dlatego ze zdziwieniem i zadowoleniem przyjęłam tę zdrową zachciankę. Oszalałam w Lidlu na widok pomidorów, ogórków, winogron i jagód. Chciałam wynieść ze sobą cały dział świeżych produktów. Podzieliłam się tą niecodzienną informacją z najlepszą przyjaciółką, która w mojej zmanie dopatrzyła się dużych szans na osiągnięcie kolejnego etapu w rozwoju duchowym. Zachęcona jej słowami i komunikatami mojego organizmu, rozpoczęłam wegetariańskie życie, które skończyło się (ku rozpaczy przyjaciółki) po dwóch tygodniach półświadomym wciągnięciem „przez nos” zapiekanki z trzema rodzajami mięsa. No cóż…

Moja siostra mieszka na samym południu Anglii. Podczas tegorocznej wizyty w tym nad wyraz ciepłym i słonecznym zakątku naszej wyspy, mieliśmy okazję odwiedzić mały nadmorski sklepik rybny. Wytrwałym i będącym w stanie przebrnąć przez mało zachęcający morski odór zwolennikom owoców morza, przed oczami rozkwitał prawdziwy łowiecki raj. Nie mogliśmy się napatrzeć na przeróżne ryby, krewetki, kraby, płaszczki i inne dobroci sprezentowane na kostkach lodu, z niektórymi nadal żyjącymi w kubłach i skrzyniach. Towar z pierwszej ręki, obłędnej świeżości i rozpływający się w ustach. W ramach zachwalania jakości dóbr, siostra poinformowała nas o tym, iż skorupiaki są na wrzątek wrzucane jeszcze żywe, gdyż dostanie się do tego, co kryje ich pancerz, jest inaczej niemal niemożliwe. Dodała, że stworzenia wydają przy tym śmiertelny pisk. I to właśnie był ten moment, w którym doznałam swoistego olśnienia… Dotarło do mnie, jak bezwzględny i okrutny jest człowiek. Jak swoją władzę wykorzystuje na każdym kroku. Jak bezmyślnie i niepotrzebnie eksploatuje dary naszej planety. I jak bardzo samolubnie dba o zaspokojenie swoich kaprysów.

Zrozumiałam, że w moim umyśle nie istnieje żadne połączenie pomiędzy mięsem, a zwierzęciem. Na talerzu widzę szynkę, kabanosy lub kotlety. Nie widzę natomiast prosiaka, krowy, ani kurczaka. Postanowiłam, że nie chcę brać udziału w krzywdzeniu zwierząt tak samo, jak nie biorę udziału w krzywdzeniu ludzi. Kto wie, na jakiej zasadzie działa ich świadomość?

W swoim nowym postanowieniu byłam do tego stopnia wytrwała, że czułam potrzebę wyspowiadania się przyjacielowi z jednorazowego użycia produktu zawierającego 2% tłuszczu zwierzęcego. Motywowałam się natchnionymi artykułami, doświadczeniami innych wegetarian i duchowymi przesłankami. Zaczęłam odkrywać cuda bezmięsnych potraw- ziemniaki gotowane z mango w sosie orzechowym do tej pory robią u mnie w domu furorę (kto by pomyślał o takim połączeniu?!). Rezygnowanie z mięsa przychodziło mi z łatwością, a spożywanie go wręcz nawiedzało mnie w koszmarach nocnych w najobrzydliwszych formach.

drzewaPierwsze załamanie przeżyłam po otrzymaniu komentarza pod jednym z moich blogowych wpisów, który ani trochę nie nawiązywał do ówczesnych wegetariańskich zmagań. Pewna dziewczyna napisała, iż podczas spaceru z nie do końca zaufaną osobą czuła, że dostaje „komunikaty” i „ostrzeżenia” od drzew… Abstrahując już nawet od tego, czy była pod wpływem czegoś kolorowego i wesołego, czy nie (wybacz mi ten żarcik- Twój komentarz naprawdę zrobił na mnie wrażenie!)- jej słowa zmusiły mnie do przemyśleń na temat istnienia samego w sobie. Skoro powstają spekulacje na temat duszy u zwierząt, dlaczego miałoby to ominąć rośliny? Przecież one też żyją… Rosną… Rozmnażają się… Więc może również czują i myślą, tylko na innym i nieznanym nam poziomie? To co ja mam, do ch*lery, jeść?!

Drugim „ciosem” okazał się tekst zamieszczony na jednym z najbardziej wyjątkowych blogów, które odwiedzam:
http://biuro-duchow.blog.onet.pl
/. Podjętym tematem była żałoba i czas jej trwania. Autorka analizowała sytuacje, w których opłakiwanie kogoś zmarłego trwa latami, a opłakujący zaprzestaje właściwie życia. Zgodziłam się z jej wnioskami, w których stwierdziła, iż osoba pogrążona w żałobie przez „nienormalnie” długi czas już dawno nie opłakuje zmarłego, lecz siebie. Kontrowersyjne słowa, ale jakże prawdziwe. Spowodowały u mnie burzę dzikich myśli, które rozbiegły się bez żadnej kontrolii, aż w końcu spotkały w jednym miejscu: w podejrzeniu, że decyzja o przejściu na wegetarianizm wbrew pozorom może być bardzo egocentryczna. Czy przez ten miesiąc i jeden dzień miałam jakąkolwiek pewność, że dokonuję pozytywnych zmian w świecie zwierząt? Nie. Czy szłam spać zadowolona z siebie i z kolejnego dnia, w którym nie spojrzałam nawet na produkty mięsne? Tak. Czy robiłam to na pokaz? Nie. Czy czułam się lepszym człowiekiem? Tak. Ile egoizmu wchodzi w skład każdej bezinteresownej próby pomocy?

Mój miesiąc +1 oficjalnie zakończył się w piątek, który postanowiliśmy z przyjacielem uczcić jedzeniem na wynos. Bez zastanowienia wybrałam kebab’a w świeżym naan’ie. K. spojrzał na mnie zaintrygowany i zapytał, z czym mam zamiar tego kebab’a zjeść, bo przecież nie z kurczakiem? Oniemiałam. Nie dość, że zaliczyłam właśnie wegetariańską gafę, to jeszcze nie potrafiłam sobie wyobrazić reszty życia bez możliwości zjedzenia tego arabskiego cudu kulinarnego. Skończyło się na moim teatralnym go pochłonięciu ku zachwytowi K., który nie mógł się napatrzeć na moją wygłodniałą radość. Zrozumiałam, że zostałam nieświadomie skrzywdzona przez wychowanie i naszą mięsożerną kulturę. Jestem tak przyzwyczajona do spożywania mięsa, że inaczej po prostu nie potrafię… Przykładowo, mój mąż nie idzie śladem swojej rodziny i zrezygnował z wegetarianizmu, który narzuca im ich religia- Sikhizm. On miał wybór, a ja czuję, że go nie dostałam. Brakuje mi tej 100-u% pewności i motywacji, iż wegetarianizm jest czymś słusznym. Jestem pewna, że będę robiła kolejne podejście i mam ogromną nadzieję na to, iż Wy, moi kochani, okażecie się jak zwykle skarbnicą cennych przemyśleń, rad i inspiracji.

Pomożecie?

inspiracja