O emaptii lub jej braku

Kilka ostatnich tygodni było dla mnie burzliwych i niekoniecznie przyjemnych. Burza szalała nie tylko w mojej głowie, ale i wokół mnie. Wiele osób miało w nią swój wkład i, jak przeważnie bywa w takich sytuacjach, zaczęłam mocno analizować siebie, swoje życie i otaczający mnie świat. Z tej całej plątaniny myśli i emocji wygenerowało się jedno główne pytanie: czy jestem osobą empatyczną? Może będziecie w stanie mi pomóc na nie odpowiedzieć.

K. (jedna z najważniejszych osób w moim życiu) studiuje radioterapię. Wszystko wskazuje na to, że będzie pracowała w zawodzie, mało tego- uwielbia to i cieszy się. Lubi przebywać w szpitalu i poznawać pacjentów. W ciągu kilku lat na uczelni odbyła różnorodne praktyki, między innymi w zakładzie stomatologicznym. Z fascynacją obserwowała pracę dentysty i dopytywała o każdy szczegół. A ja prawie mdleję, kiedy mój 6-oletni syn pokazuje mi, jak rusza mu się ząb…

Jakiś czas temu K. miała operację. Zadzwoniła do mnie i zapytała, czy przyjadę do niej i pomogę jej się 21469666_1928866597353054_1350317519_nzregenerować po narkozie w domu. Pierwsze na to pytanie odpowiedziało moje serce i już miałam mówić „Tak”, kiedy dołączył się rozum. W ciągu kilkunastu sekund przez moją głowę przebiegło tysiąc myśli (na pewno to znacie). Praca- trudno, wezmę wolne, K. jest ważniejsza. Szkoła synka- ktoś inny będzie go musiał zaprowadzać i odbierać. Co za tym idzie- konieczność zaangażowania innych osób, ale przecież mam na kogo liczyć. Daleka podróż- przemierzanie połowy Anglii to świetna okazja, żeby poczytać książkę i posłuchać muzyki. Pieniądze- kompletnie bez znaczenia. Dla chcącego nic trudnego, ale nie pojechałam… A dlaczego? Bo nie byłabym w stanie otoczyć K. taką opieką, której wtedy potrzebowała. Gdyby coś poszło nie tak, K. gorzej się poczuła, miałaby jakieś powikłania lub skutki uboczne, a co najgorsze- gdyby cierpiała z bólu w widoczny sposób- to ja byłabym pierwszą osobą potrzebującą karetki… Nie zniosłabym tego!

Przypomina mi się akcja zapraszania starszych, samotnych sąsiadów na Wigilię. Przeciętni, pracujący ludzie, którzy rzadko bywają w domu, nie zdają sobie nawet sprawy z tego, jak wielu mają sąsiadów i jak wiele z nich to osoby starsze i samotne. Akcja zachęcała do podzielenia się Wigilijnym posiłkiem i rodzinną atmosferą z tymi, którzy święta spędzają z dala od bliskich. Pomysł wspaniały, a gwarantowany rezultat jeszcze piękniejszy. A mnie napawa czystym przerażeniem… Cały ten bagaż nieszczęścia, ból i smutek, które przyniosłaby ze sobą dana osoba, dosłownie wyssałyby mnie od środka. Nie umiałabym udźwignąć takich emocji. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby zaproszony sąsiad zaczął ze łzami w oczach wspominać rodzinne chwile i osoby, których przy nim nie ma w tak szczególnym czasie? Rzuciłabym się chyba z okna.

Prawie codziennie mijam bezdomne osoby. Bezdomność jest bardzo obszernym i skomplikowanym tematem, więc nie ma sensu nawet go tutaj zaczynać. Jest to coś, do czego społeczeństwo jest w pewnym stopniu przyzwyczajone i tylko od nas zależy, czy wspomożemy taką osobę, czy nie. Niedawno widziałam jednak coś, co do tej pory mnie męczy. Mianowicie, jeden z bezdomnych mężczyzn jadł świeżą, pożywną kanapkę (którą prawdopodobnie od kogoś dostał) i… płakał… Wycierał łzy chusteczką, a na policzku miał otwartą, zaognioną ranę. Ten obraz spowodował, że zakręciło mi się w głowie, więc co zrobiłam? Jak najszybciej stamtąd odeszłam.

21552554_1928866600686387_1551703053_nKiedy natrafiłam na Brukselkę, również najpierw zareagowałam ucieczką. Pozwoliła mi użyć adresu swojego bloga (to ten moment, dziękuję!) w przypadku tworzenia takiego rodzaju tekstu. Pierwsze wpisy na 
http://nielubiebrukselki.blog.pl/
przytłoczyły mnie do tego stopnia, że wcisnęłam magiczny czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu. Doszłam do wniosku, że wgłębiając się w tak nieszczęśliwą historię, pozbawię się całkowicie możliwości i tak już zaburzonego snu. Po krótkim czasie sama siebie za to zwymyślałam- przecież właśnie odwróciłam się od osoby, która potrzebuje wsparcia, dobrego słowa, a przede wszystkim: zrozumienia. Zachowałam się, jak burak. Szybko naprawiłam swój błąd i jeszcze tego samego wieczoru zapoznałam się z całą treścią Brukselkowego bloga.

Jeszcze w Polsce, podczas studiów, opiekowałam się pewną małą dziewczynką- Julką. Była śliczną blondynką, dzieckiem policjantki i policjanta. Kiedy rodzice zaczęli odzwyczajać ją od wózka, ciężko było za nią nadążyć, gdyż Julka wolała biegać, niż chodzić. Któregoś dnia galopowała po bardzo nierównym terenie i prosiłam ją, żeby zwolniła, oczywiście na próżno. Przewróciła się i zdarła kolana do krwi. Podniosła się, obejrzała rany i z zaciśniętą szczęką i łzami w oczach pobiegła dalej. Jak bardzo przypomniała mi wtedy mnie samą! Twarda sztuka, tylko czy to na pewno dobrze…?

Nie jestem osobą narzekającą. Jeśli coś sprawi mi przykrość- nie utrzymuję się w tym nastroju długo. Nie rozpamiętuję przeszłości, ani nie martwię się o przyszłość. Nie oglądam dramatów, ani filmów wojennych- za dużo w nich bólu, smutku i bezsilności. Nie lubię, kiedy ktoś (nieproszony) zrzuca na mnie swój ciężki emocjonalny bagaż, ponieważ sama nigdy tego nie robię. Funkcjonuję pomimo bólu fizycznego; głeboko w podświadomość spycham przykre doświadczenia; blokuję wszelkie źródła mentalnego cierpienia. Przez to, że w taki sposób traktuję samą siebie, oczekuję tego od innych i żyję w przekonaniu, że inni chcą tego samego. Ale przecież każdy człowiek jest inny i ma inne potrzeby.

Czy moje uciekanie od głębokich, ujemnych emocji i cudzego cierpienia oznacza, że jestem pozbawiona empatii, czy wręcz odwrotnie- jej poziom i konsekwencje ciężko mi udźwignąć? Czy K. studiując radioterapię, pracując z ludźmi na skraju śmierci, będąc w stanie „dłubać” w ludzkim ciele i oglądając właściwie tylko łzawe dramaty, wykazuje się brakiem empatii, czy właśnie ogromnym jej przejawem, co skutkuje ratowaniem życia? Być może porównywanie jest bez sensu, jednak nurtuje mnie to, jak zawile można interpretować tak konkretne zachowania.

Dla mojej przyjaciółki.

21584630_1928866287353085_1680453017_n