Przemyślenia agnostyka

Open mind„Wiem, że nic nie wiem”. Te słowa Sokratesa nabierają coraz więcej znaczenia wraz z upływem czasu. Jedno proste zdanie, a tak prawdziwe!

Wielu ludzi wokół mnie jest pewnych, że posiada jakąś wiedzę. Ich opinie i doświadczenia wydają się im jedynymi słusznymi. Nie ma w tym nic złego ani dziwnego, ja sama przecież do niedawna byłam pewna swoich prawd…

Wystarczy sobie na przykład przypomnieć sposób, w jaki postrzegaliśmy świat będąc nastolatkami. Ile ówczesnych priorytetów wydaje nam się dzisiaj banalnych, śmiesznych czy wręcz zawstydzających?

A co z niewyczerpującym się tematem zderzenia wiary w siły nadprzyrodzone i nauk ścisłych? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, wiadomo. Nic w tym odkrywczego. Ale zastanawia mnie, od dłuższego już czasu, jedna rzecz: czy w tym naszym krótkim, ziemskim życiu przeciętnego człowieczka, w którymkolwiek momencie możemy być pewni, że posiedliśmy jakaś wiedzę?

Tematem, który mnie ostatnio najbardziej nurtuje, jest wiara w Boga. Nie jestem ani osobą wierzącą, ani niewierzącą. Biblia sugeruje, że nie jestem błogosławiona- nie wierzę, bo nie widziałam.

No cóż, ciężko doznać tego błogosławieństwa posiadając jedynie pięć bardzo przyziemnych zmysłów. Przecież tak zostaliśmy przez Niego stworzeni, więc nie powinno to być żadną niespodzianką, czyż nie?

Moja mała burza mózgu zaczęła się mniej więcej rok temu, za sprawą poznania pewnej dziewczyny, D.

D. jest kompletnym zaprzeczeniem mojego wizerunku głęboko wierzącej osoby. Pisząc to odnoszę się do wiary chrześcijańskiej, w której duchu ja i D. zostałyśmy wychowane.

D. jest niesamowicie atrakcyjną i zdającą sobie z tego sprawę dziewczyną. Nie odmawia sobie żadnych przyjemności, zwraca dużą uwagę na dodatki i ozdoby. Uwielbia jeść i głośno wyrażać swoje zdanie. Jest ciekawa świata i ludzi. Uwielbia grzebać w historii i opisywać wydarzenia, które doprowadziły do powstania konkretnych legend i zabobonów. Ma tysiąc pomysłów na minutę i nie ma tematu, na który nie miałaby czegoś do powiedzenia. Jest pewna siebie, bezczelna i doskonale umie uwydatnić swoje cielesne walory. Krótko mówiąc: ta dziewczyna to mieszanka niegrzecznej sekretarki ze stukniętą dewotką.Space

Godzinami, codziennie i przez wiele tygodni rozmawiałyśmy o Bogu i wierze. Chciałam przede wszystkim wiedzieć, co uczyniło ją tak głęboko wierzącą. D. jest wiecznie sama i bynajmniej nie z powodu braku zainteresowanych. Ona o Bogu myśli jak o swoim ojcu. Jest obecny w jej życiu do tego stopnia, że bycie wiecznie samą jest jedyną słuszną drogą. D. oczekuje, że osoba, z którą się zwiąże, obdarzy ją miłością bezwzględną taką samą, jaką nas obdarza Bóg.

Zaintrygowały mnie jej pewność i inteligencja. Pragnęłam zrozumieć, jak doszła do tej pewności! I zaczęło się…

Próby czytania Biblii. Msza w ogromnej katedrze z obrzędem baptyzmu. Niekończące się strony internetowe i religijne fora dyskusyjne. Książki. Wypytywanie bliskich o ich stosunek do wiary. A w tle, oczywiście, debaty z D. Niemal wszystko, co mi tłumaczyła, miało idealny sens. Czasem rozmowy i moje zawiłe pytania przerastały jej wiedzę i szczerze mówiła, że ona sama ciągle jest na drodze poznania prawdy i nie wie wszystkiego.

Ta burza mózgu doprowadziła mnie w końcu do bardzo przykrego wniosku: jeśli D. jest tak pewna swoich prawd, które mnie wydają się conajmniej niewiarygodne, to tak samo jest z moimi prawdami.

Odkąd pamiętam interesowałam się duchami i horrorem. Dojrzewałam dosłownie ze Stephen’em King’iem pod pachą. Pociągały mnie historie nawiedzanych ludzi i domów, mrok, zaświaty i nadprzyrodzone zjawiska. Co więcej, miałam wiele doświadczeń z nimi związanych. Nikomu nie uda się mi wyperswadować wiary w ich istnienie. Nikomu oprócz mnie samej…

D. zniknęła z mojego życia nagle i na dobre, pozostawiając mnie w całkowitym chaosie myśli. Zaczęłam wątpić we wszystko, co wydawało mi się do tej pory oczywiste. Czułam nawet lekką złość myśląc, że oto straciłam swoje ulubione hobby! Jak mogłabym nadal być zainteresowana czymś, co nie wydaje mi się już tak pewne?

A te duchy, które widziałam i demony które mnie odwiedziły? Niesamowite zbiegi okoliczności i dowody na niekończące się szczęście, choćby nie wiem co?

Inna dziewczyna, K., studiuje radioterapię i interesuje się nauką. Szybko znalazłaby wyjaśnienie tych wydarzeń i to bez grama niewiarygodności. Rzecz jasna, nie wszystko da się naukowo wyjaśnić, ale i z tym sobie poradzi- po prostu pewnych rzeczy jeszcze nie odkryto i nie zrozumiano. U obu dziewczyn, D. i K., widać kres wiedzy. Pomimo, iż obie są pewne swoich prawd i obie nadają im idealny sens, zwyczajnie nie mogą tego nazwać prawdziwą wiedzą ani prawdziwą pewnością!

Pamiętam, co widziałam i czego doświadczyłam. Takich rzeczy nie da się zapomnieć. Ale czy mogę być pewna, co to było?Cloud Dlaczego mogę być pewna istnienia duchów i demonów, ale nie Boga? Czy do tego stopnia nie odpowiada mi jego wizerunek wykreowany przez ludzi, czy może nie mam ochoty bawić się z nim w kotka i myszkę?

Pewien chłopak, S., świadek Jehowy, powiedział mi niedawno, że mój umysł zaczyna wybiegać za daleko, że niedobrze jest nie być niczego pewnym i trzeba gdzieś postawić wyraźną granicę. Ponoć nie mamy jedynie pięciu zmysłów, a sześć, i to na ten szósty Bóg oddziałowuje. Gdzie mam postawić tą granicę …? Na którym rozwidleniu mam to zrobić i czy będzie to słuszny wybór?

Ciekawe, czy komuś kiedyś uda się dożyć wiedzy absolutnej.

Follow my blog with Bloglovin